Co począć z "wolnymi wyborami" ?


autor: Zbigniew Lisiecki, 27.07.2007, 26.12.2009


Wolne i uczciwe wybory to oświeceniowy pomysł na realizację demokracji, czyli państwa opartego na woli swoich obywateli. Przyjżyjmy się dokładniej, w jakim stopniu ideał świadomych decyzji dokonywanych przez wolnych obywateli jest spełniony w praktyce wyborów parlamentarnych.

W Polsce 30 milionów obywateli wybiera 460 przedstawicieli zaznaczając swój głos krzyżykiem na listach osobowych po kilkadziesiąt nazwisk każda. (dane według Państwowej Komisji Wyborczej) Sprowadzanie wpływu obywateli na rzeczy wspólne i najistotniejsze do legitymacji przekazanej innym przy pomocy krzyżyka można nie tylko w dowcipie uznać za formę niepiśmienności, a w rzeczywistości za brak kwalifikowanych wypowiedzi.

Warto postawić pytanie, czy taki wybór, jak wygląda on obecnie ma sens dla osób, które mają na tematy polityczne swoje własne ugruntowane zdanie i nie chcą wyrażania tego zdania cedować na innych. Na użytek tego artykułu przyjmijmy jednak jako zasadniczą realizację prawa do udziału i wpływu na swoje otoczenie dokonywane co cztery lata decyzje personalne dotyczące przedstawicieli, czyli tzw. "wybory parlamentarne".

Istotne założenie, zgodnie z którym wybieramy ludzi, można poddać w wątpliwość z powodu podstawowego braku wiedzy o kandydatach. Aby dokonywać decyzji o drugim człowieku trzeba go znać. Co musimy wiedzieć o kandydacie, aby udzielenie mu naszego pełnomocnictwa było uczciwe ? Problem pojawił się nie dopiero z napływem do polityki karierowiczów szukających własnego interesu. Istniał w wielu europejskich społecznościach zawsze i odznacza się negatywnie nie tylko w Polsce, lecz także w silnych demokracjach, cokolwiek ten ostatni termin oznacza.

Nie tylko w Polsce zamiast żywych ludzi do wyboru wydają się wielokrotnie stać prawie same niewiele mówiące nazwiska. W pomyśle unikania sugestii wyborczych miały być one neutralnym kluczem do rzeczywistych danych personalnych. Jednak nie każdy sposród w Polsce ponad dziesięciu tysięcy kandydatów "ma nazwisko" ! Ilu wyborców i w jaki sposób korzysta z tego klucza praktycznie ?

Przypomnijmy sobie problem z kartką wyborczą - te nazwiska rzeczywiście większości wyborców niewiele mówią. Aby temu zaradzić pogrupowane są one w listy komitetów wyborczych odpowiadających najczęściej istniejącym partiom. W ten sposób wybory osobowe zamienione zostały na wybory partii. Cóż kiedy także tu rzadko kto czytał program, o szansach na jego realizację nie wspominając !

Aby pomóc w ocenie media wytworzyły skróty myślowe w postaci kierunków świata lub kolorów. I tak wybieramy "lewicę" lub "prawicę" przypisując tym dwóm kierunkom większą lub mniejszą obronę interesów pracowników lub tych, którzy nimi zarządzają - kryteria, które nie tylko w Polsce dawno straciły swój sens jako wyznaczniki.

Szukamy wiedzy wśród znajomych, kierujemy się przyzwyczajeniem, optujemy za pewną rzekomą wizją Polski, lubimy się łudzić, że jest ona rzetelna. Może po prostu staramy się wybierać "naszych", a odrzucać "innych" ? Nie pomoże powszechne doświadczenie, zgodnie z którym, w każdej partii są ludzie uczciwi, jak i cwaniacy, szukający własnego, zamiast publicznego interesu. Sposób postawienia pytania wyborczego ("na kogo ?") tak silnie prowokuje do udziału w odpowiedzi, że nawet wbrew rozsądkowi sami skazujemy się na mającą złe korzenie tendencyjność.

Dlaczego tak przerażająco niewiele wiemy o ludziach, których wybieramy, a stojącym do wyboru kryterium jest efektywnie tak często tylko jakość pracy agencji public relation ? Rzeczywiście ludzie chętnie wybierają innych po wyglądzie twarzy, lub podawanym innym "obrazie medialnym" danego kandydata.

Cóż tak na prawdę wiemy o człowieku, któremu oddajemy swoje prawa do udziału ? Jak widać obecna kultura parlamentarna sprowadza wybory osobowe do kpiny. Aby uniknąć farsy, do decyzji personalnych rzeczywiście konieczna jest rzetelna wiedza o kandydatach, nie tylko znajomość ich nazwisk, lecz znajomość żywych ludzi. W przeciwnym razie trudno zaprzeczyć, że w "niedzielę wyborczą" ma miejsce publiczne oszustwo, nazywane dla niepoznaki "świętem demokracji". Opis ten nie zaprzecza faktowi, że w pewnej skromnej liczbie najważniejszych kandydatów wyborcy rzeczywiście wiedzą o kogo chodzi.

Czyż nie jest w takiej sytuacji całkowita rezygnacja z odpowiedzi na nieprawidłwo postawione pytanie oznaką zdrowego rozsądku ? Rzekome decyzje personalne pozostają rzekomymi i działają na coraz większą ilość obywateli odpychająco. Niska w Polsce frekwencja odzwierciedla najprawdopodbniej rzeczywiście podawany "ustną pocztą" fakt, że "nie ma kogo wybierać" - dla przeważającej liczby wyborców brak jest rozsądnych kryteriów, brak wyznaczników. Stały się one przecież bardziej skomplikowane. Prawie nikt nie chce już wybierać według wymiennych haseł medialnych.

Czy przeciętny obywatel może rzetelnie ocenić przynajmniej te osoby, które już sprawowały władzę. Mam wrażenie, że nie ! Związki przyczynowo-skutkowe stały się w zarządzaniu współczesnym społeczeństwem skomplikowane. Tym łatwiej skrywać się za nimi zwykłym złodziejom i oszustom, którzy niszczą wartości społeczne dla własnych ograniczonych korzyści. Aby wymusić większą przejrzystość i "odpartyjnić" wybory zaproponowana została ordynacja wyborcza z jednomandatowymi okręgami, tzw. JOW, jednak i ona nie rozwiązuje do końca zasadniczego problemu braku podstawowych danych, które powinny być elementem każdej decyzji personalnej.

W tym miejscu przedstawionej powyżej argumentacji wiara w siłę demokracji kończy dalsze wnioski i przemyślenia: Przecież "król" nie może okazać się, aż tak całkiem "nagi", bo nic praktycznego nie wydaje się z tego wynikać. Nie chcemy stwierdzić, że wybory w obecnym kształcie nie mają większego sensu, bo takie postawienie sprawy wydaje się odbierać nam nawet tą namiastkę wpływu. Prawidłowa odpowiedź na brak wiedzy potrzebnej do decyzji wyborczych jest jednak prosta - Należy tę wiedzę wyborcom dostarczyć !

Jakie dane wydają się niezbywalne, żeby dokonać w miarę rzetelnego wyboru ? Oto kilka przykładów:

  1. czy kandydat był karany,
  2. czy został uznany za kłamcę lustracyjnego,
  3. czy on lub ktoś z jego najbliższej rodziny posiadał związki z obcym wywiadem,
  4. do jakich partii lub ugrupowań politycznych kiedy należał,
  5. czy został w trybie natychmiastowym zwolniony z pracy lub pozbawiony funkcji publicznej
  6. jaki jest z grubsza stan majątkowy jego i najbliższej rodziny
  7. czy i jakie inne istotne stanowiska piastuje obecnie (np. w radach nadzorczych)
  8. jakie są jego osiągnięcia zawodowe, a jakie niepowodzenia
  9. jaką posiada wiedzę potrzebną na stanowisku, na które kandyduje.


Sposobów na przekazanie ich wyborcom jest wiele:

1. Komisje wyborcze powinny udostępniać listy wyborcze wraz z powyższymi danymi a także krótkim życiorysem kandydata odpowiednio długo przed wyborami.

Podanie drastycznie fałszywych danych lub drastyczne zatajenie powinno zgodnie z logiką pociągać za sobą oprócz kary także unieważnienie wyboru, ponieważ, nie ta osoba została wybrana, za jaką się podała.

2. Prawo powinno zobowiązywać komitety wyborcze do podawania przy każdej publicznej promocji swojego kandytata wszelkie drastyczne naruszenia publicznego zaufania jak te wspomniane powyżej.

Podanie kilku linijek tekstu drobnym drukiem w dolnej części plakatu wyborczego nie przedstawia problemu technicznego. Czy możemy jednak wyobrazić sobie duży plakat wyborczy znajej osobistości z drobnym podpisem: "skazany za łapówkarstwo wyrokien nr. ... sądu w ..." - Czy raczej prędzej "załamie się demokracja" ?

Latem 2007 dyskutowany był w Sejmie problem infiltracji parlamentu przez przestępców, któremu próbowano zaradzić zakazem kandydowania osobom skazanym wyrokiem sądu. Rozwiązanie rozważanie w Sejmie ignorowało fakt, że w ten sposób prerogatywy wyborcze faktycznie przesunięte zostałyby częściowo na sądy, co nie wydaje się ani dobrym pomysłem ani do zaakceptowanie prawnie. Czyż nie lepiej pozostawić decyzję obywatelom podając im jednak konieczną do jej prawidłowego dokonania wiedzę ?

3. Kandydat lub komisja wyborcza powinny umożliwiać każdemu wyborcy danego okręgu zadanie potencjalnemu kandydatowi przynajmniej jednego pytania, które zostałoby publicznie widocznie.

W okręgach po 100 000 wyborców każdy (dane według PKW) wydaje się to trudne do zorganizowania. W rzeczywistości jednak pytania szybko zaczną się powtarzać. Forum internetowe o dwustu wpisach to dla serwera każdej gminy błahostka. Administracja państwowa jest też w naturalny sposób najlepiej wyposażona do takiej zapewniającej zgodność z prawem obsługi. Propozycja ta odbiera istotną władzę standardowym mediom, jak prasa i telewizja, co do których bezstronności zawsze istniały zatrzeżenia. Rzeczywiście nie darmo mówi się, że media zamiast przekazywać rzetelną wiedzę nią manipulują stając się przez to same niekonstytucyjną "czwartą władzą". Poziom wiedzy, jaką uzyskać można o kandydatach w mediach jest zatrważająco nieadekwatny i niewystarczający. Przedstawiona propozycja zamienić może wybory bezdyskusyjne na istotny dialog polityczny sterowany rzeczywistymi pytaniami wyborców a nie pustymi hasłami medialnym stosowanymi w celu uzyskania kwot oglądalności.

Podane powyżej propozycje to narzucające się oczywistością pierwsze pomysły. Możliwych rozwiązań może się jednak pojawić wiele więcej. Należy tylko postawić jasno pytanie jakie informacje są do decyzji personalnych niezbywalnym minimum i jak można je decydentom najprościej przekazać.

Przy zamianie "krzyżyków wyborczych" na rozsądny udział w decyzji o zaufaniu publicznym istotne mogą się okazać "drobne" i "łatwe" w realizacji korekty ordynacji wyborczej. Nietrudno wyobrazić sobie, że bez nich degradacja sensu wyborów postępować będzie dalej.

Warto zaznaczyć jednak także, że poruszamy nie tylko problem Polski, lecz rozważamy istotne manko obecnej formy realizacji jednego z filarów "zachodnich demokracji". Jakie są siły marginalizujące udział społeczeństwa w polityce ? Sprawy publiczne stają się coraz bardziej skomplikowane wraz z rozwojem społeczeństwa. Trudna, narażona na prowokacje lub "podwójne dno" staje się dlatego ich rzetelna ocena. Fakt ten odczuwamy np. angażując emocje w to do czego przekazują nas media, gdy po niedługim czasie wszystko wydaje się "pianą", której waga waha się od bardzo istotnego ryzyka, do błahostki, ocena "ślizga się". Tym silniejsza musi być presja zabezpieczenia ważnych funkcji państwowych przed populistycznym osądem. Jednocześnie komplikowanie systemu władzy prowadzące do tego, że odsunięcie publicznej kontroli wydaje się racjonalne - to przecież najlepszy sposób na jego korumpowanie.

Dlatego sens i zakres wyborów powinien się zmieniać wraz z rozwojem społeczeństw. Jednak zawsze chodzić będzie o ocenę zaufania, której nie zastąpi żadna instytucja oraz o pytanie jakie dane są niezbywalne, aby ją prawidłwo dokonać. Miast hołdować rzekomym "świętościom demokracji" pytajmy lepiej co rozsądnego i w jaki sposób możemy do nich dołożyć.


Osoby zainteresowane dyskusją odsyłam do Forum SWS.



Copyright © 2007 Z.Lisiecki